50 lat po zamachu na Roberta Kennedy’ego – wywiad z polskim świadkiem wydarzeń

50 lat po zamachu na Roberta Kennedy’ego – wywiad z polskim świadkiem wydarzeń

„– Słyszałeś o teorii, że Sirhan Sirhan, czyli zabójca Roberta Kennedy’ego…
– Nie żartuj pan sobie. Wiem, kim jest Sirhan Sirhan – przerwał agent.
– No więc jest taka teoria, że nieopanowana chęć do ataku na Kennedy’ego została mu zakodowana w mózgu przez tajne służby. I w odpowiednim momencie ta chęć została uruchomiona odpowiednim sygnałem. Wiesz, jak w filmie »Telefon« z Charlesem Bronsonem.
– Ale to był film o ruskich agentach.
– Tak. Natomiast w przypadku Sirhana mówi się, że to eksperyment kogoś z naszych. Kiedy zamachowiec naciskał spust, mógł być pod wpływem hipnozy i po »praniu mózgu«, jakiemu poddał go ktoś w ramach programu MKUltra – kapitan czujnie obserwował zachowanie tajniaka, który patrzył na niego z niedowierzaniem” – str. 374–375 „Czasu mocy”

Dziennikarz Stanisław Pruszyński był na miejscu zamachu na Roberta Kennedy’ego i nagrał ten dramatyczny moment.

 

Adam Węgłowski: Wiosną 1968 roku jako dziennikarz kanadyjskiej gazety przyglądał się pan z bliska kampanii prezydenckiej Roberta Kennedy’ego. Jak do tego doszło?

Stanisław Pruszyński: Dotarłem do Indianapolis jeśli się nie mylę 4 maja 1968 roku, Kennedy przyleciał po południu. Tego dnia czy dwa dni później podszedłem do jego ludzi i przekazałem swoją wizytówkę. Przywitałem się, przedstawiłem: „Pruszyński, Montreal Gazette”. Nikt nie pytał o paszport, w ogóle nie było security. To były inne czasy.

Podobno chciał pan wtedy pisać prześmiewczą książkę o kampanii wyborczej w USA?

Tak, chodziło o książkę pod roboczym tytułem „Travels with Bobby” (Podróże z Robciem). Miała być śmieszna, na temat tego całego amerykańskiego cyrku wyborczego. Te wszystkie flagi, stroje, transparenty, kapelusze… Szalenie zabawne i bardzo fotogeniczne.

5 czerwca był pan hotelu w Kalifornii, w którym doszło do ataku na Kennedy’ego. Koło północy nagrywał pan jego przemówienie, a potem – jak się okazało – także przebieg zamachu…

To nagranie to był przypadek. Kompletny przypadek. Jest film, na którym to widać. Można go znaleźć w internecie (www.youtube.com/watch?v=go2WLCrmE5w ; Pruszyński widoczny od 4:19; przyp. red.). Podchodzę do tej mównicy, odczepiam swój magnetofon, ale nie wyłączam nagrywania (www.youtube.com/watch?v=tx–NODh2OU&t=1s ; Pruszyński widoczny na zbliżeniu od 1:53; przyp. red.). A potem po prostu idę za Kennedym razem z mnóstwem młodych ludzi. Byłem może dziesięć, piętnaście metrów za nim. Nie zdawałem sobie sprawy, że Kennedy będzie wychodzić przez kuchnię, a nie przez recepcję hotelu. Nie szliśmy szybko, bo tam była chmara ludzi. Zamach nastąpił jakieś kilkadziesiąt sekund później. Nawet nie słyszałem strzału – hałas był straszny, w sali było jeszcze trzysta-czterysta osób.

Ludzie rzucili się do ucieczki. A dlaczego pan nie uciekał razem z nimi?

Ja nie jestem z tych uciekających (śmiech). Chciałem zobaczyć, co się dzieje. Myślałem, że może coś się zapaliło, że ludzie zaczęli nagle biec…

Więc szedł pan dalej pod prąd i trafił prosto na zamachowca, Sirhana?

Najpierw zobaczyłem leżącego Kennedy’ego. Zrozumiałem, że został postrzelony. A potem zobaczyłem Sirhana. Mierzył z broni w moja stronę! Na szczęście trzymali już go Rosey Grier – ochroniarz, potężny Murzyn, były futbolista z Los Angeles Rams, oraz George Plimpton – znany pisarz, dobry kumpel rodziny Kennedych. Tak że nie było mowy, żeby uciekł. Ja się zaraz odsunąłem.

Co pan wtedy pomyślał? Przyszło panu do głowy, że brat Roberta też padł ofiarą zamachu, albo że wcześniej w 1968 roku zastrzelono pastora Martina Luthera Kinga?

Nie, absolutnie. W takim momencie człowiek nie myśli o niczym takim wstecz. Wtedy miałem po prostu nadzieję, że Robert Kennedy przeżyje. Oczy miał otwarte, ale jakby niewidzące. Są dobre zdjęcia pokazujące jak leży na ziemi, a przy nim jest młody człowiek, bodajże pomocnik kucharza (https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/d/d3/Rfk_assassination.jpg).

Do zamachu doszło tuż po północy. A kiedy zaczął pan na to patrzeć z jakiejś perspektywy – oceniać, co właściwie się stało i dlaczego?

Spędziłem tam resztę nocy. Nad ranem poszedłem spać. Późnym popołudniem pojechałem do szpitala, gdzie zawieziono Kennedy’ego. A tam wieczorem, chyba kilka minut po północy, podano do wiadomości, że nie żyje… Przez następnych kilka dni szukałem śladów zamachowca: gdzie on bywał, gdzie dorywczo pracował. Wie pan, skąd on był?

Z Palestyny. Urodził się w Jerozolimie w rodzinie chrześcijańskiej, a do USA wyjechał na jordańskim paszporcie.

Tak, Sirhan pochodził z Palestyny. Ale tego nigdzie w USA nie podawano do wiadomości. Mówiono, że jest z Jordanii albo że jest Arabem. A jego w ogóle nie byłoby w Ameryce, gdyby nie fakt, że Izraelczycy wypędzili jego rodzinę. Jednak ten związek z polityką Izraela został w USA kompletnie zatuszowany. Nie spotkałem jednego Amerykanina, który by wiedział, że Sirhan jest Palestyńczykiem.

Zaskakujące, bo to kluczowa informacja. Notabene, Sirhan żyje, odsiaduje karę dożywotniego więzienia. Wyjaśniał, że zabił Kennedy’ego za poparcie udzielane polityce Izraela na Bliskim Wschodzie. Ale jeszcze parę lat temu prawnicy starali się o jego przedterminowe zwolnienie…

Gdyby go uwolniono, narobiłby zamieszania w Palestynie. Zrobiono by tam z niego bohatera. Bo z tego, co słyszałem, to Robert Kennedy powiedział na spotkaniu ze środowiskami żydowskimi, że Jerozolima powinna być stolicą Izraela. To jeden z wątków, na które natrafiłem w 1968 r. Tylko, że wtedy amerykańscy politycy mówili o sprawie Jerozolimy na okrągło, lecz nikt nic nie zrobił. Dopiero teraz na serio wrócił do tego Trump…

Czy wtedy, w 1968 roku, wiązał pan jakieś plany ze swoim nagraniem z dnia zamachu?

Skądże. Przecież początkowo w ogóle nie wiedziałem, że mam to wszystko na taśmie. Zapomniałem o niej, odłożyłem na bok. W jakiś sposób dowiedziało się o mnie FBI i pewnego dnia przyszli do mnie kanadyjscy policjanci z pytaniem, czy mógłbym pożyczyć im tę taśmę. To był chyba grudzień 1968 roku. Odpowiedziałem, że nie ma problemu. Potem tę taśmę mi zwrócili. Więc kiedy jakieś dziesięć lat temu zadzwonił w jej sprawie facet z CNN, odpowiedziałem: „O, mam ją gdzieś w pudle”. Ale tam jej nie było. Co się stało, nie wiem.

Tak czy inaczej, przetrwała jej kopia. CNN puszczała odgłosy strzałów z taśmy na dowód, że mógł być więcej niż jeden zamachowiec. To bardzo intrygująca sprawa.

CNN próbowało zrobić film dokumentalny. Ostatni raz słyszałem o tym dwa, trzy lata temu. Trochę to trwało, ale chyba nie zebrali dosyć pieniędzy… Dobrze, że pan mi przypomniał o tej rocznicy zamachu, musze coś przygotować na jej temat.

Cofnijmy się do pana młodości. Zanim zdobył pan rozgłos jako reporter, pracował pan w RFN z Radiem Wolna Europa i z Głosem Ameryki. Poznał pan m.in. Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Jak pan go wspomina?

Współpracowałem z radiem zaraz po wyjeździe z Polski. To był 1955 rok. Dla mnie Nowak-Jeziorański był super. Mnie nazywano w radio chuliganem, bo robiłem różne wygłupy. Byłem najmłodszy, ale dobrze mnie traktował. Pomagałem mu przy programach. Pracowałem zresztą i w RWE, i w Głosie Ameryki. Jako jedyny – dla obu. W RWE pracowałem dla Nowaka-Jeziorańskiego, natomiast w Głosie – dla Amerykanów, którzy akurat okazali się osłami.

Jak to?

Na przykład Amerykanin, który „odkrył” mnie w Monachium, przedstawił mnie jednemu z dyrektorów polskiej sekcji Głosu, a ten wziął mnie na obiad. Przedstawił się jako znajomy mojego nieżyjącego ojca (zm. 1950). Wątpię, by tak było. Ale on mówi do mnie: „Naturalnie będzie pan robił dla nas programy”. A ja mówię: „Naturalnie, że nie”. On na to: „A dlaczego nie?”. „Bo mam rodzinę w Polsce i nie będę ryzykował”, odpowiadam. On na to, że nie słyszał o kłopotach rodzin uciekinierów!

A poznał pan podpułkownika Józefa Światło, funkcjonariusza polskiej bezpieki, który w 1953 r. uciekł na Zachód i opowiadał o kulisach rządów w PRL?

Nie, ale to była niesamowita postać w historii Radia. Nowak-Jeziorański świetnie go wykorzystał. To był szczyt sukcesu Wolnej Europy. Rozpad polskiego komunizmu zaczął się właśnie od ucieczki Światły i jego audycji. Potem przyszedł Gomułka, potem to wszystko zaczęło się rozpływać. Trwało to wprawdzie za długo, ale…

Dlaczego w ogóle postanowił pan zostać reporterem prasowym? Chciał pan kontynuować rodzinną tradycję po ojcu, Ksawerym Pruszyńskim?

Trudne pytanie. Ja nie miałem specjalnych ambicji być reporterem. Chciałem się dobrze bawić, nie lubiłem być na serio. Ale w 1956 roku poszedłem na Uniwersytet w Edynburgu. W 1959 roku spotkałem w Szkocji kumpla, który był redaktorem czasopisma literackiego „Jabberwock”. Zapytał mnie w swoim biurze, czy nie mógłbym mu czegoś napisać, bo ma jeszcze stronę wolną, a wieczorem musi oddać wszystko do drukarni. Odparłem, że mogę spróbować. A w życiu nic nie pisałem, poza wypracowaniami i rzeczami na uniwersytecie. No ale napisałem, dałem znajomemu i powiedziałem: „Przeczytaj, czy to ma sens”. Odpowiedział, że wszystko gra. To zaniosłem do redaktora, a on wydrukował. „Cholera”, pomyślałem sobie wtedy, „Jeśli ja w godzinę mogę napisać coś, co jest całkiem dobre i ukaże się w poważnym piśmie – Jack Kerouac tam pisał i Gregory Corso – to ja jestem geniusz!” (śmiech) Ale wtedy chyba zakiełkowała ta myśl, że mogę zostać reporterem. Tyle że w Wielkiej Brytanii jak się chciało nim zostać, to zaczynało się w jakiejś prowincjonalnej gazecie, gdzie się zarabiało pięć-sześć funtów na tydzień. Czyli nikt nie mógł z tego wyżyć, chyba że miał bogatych rodziców. Dlatego pracą reporterską zająłem się dopiero, kiedy wylądowałem ostatecznie w Kanadzie (1964) i znalazłem tę posadę przez ogłoszenie. To była super robota.

Przed wyjazdem do Kanady zdobył pan jeszcze doświadczenie w wydawnictwie.

Pracowałem w Londynie dla amerykańskiego wydawnictwa Harper & Row. Próbowałem namawiać różnych profesorów z Oslo, Helsinek, Sztokholmu czy Brukseli, żeby pisali poważne książki naukowe dla mojego wydawnictwa, a nie dla innych. Jeden z moich kolegów wydawnictwie (Michael Canfield) był pierwszym mężem Lee Bouvier. Uroczy facet.

Ciekawe. Lee Bouvier to siostra Jacqueline Kennedy, byłej Pierwszej Damy USA.

Rozmawiałem nawet kiedyś z Jackie. Bardzo sympatyczna. Miała piękne oczy. Rozmawiała, jakby naprawdę była tobą zainteresowana.

Drugim mężem Lee Bouvier był Polak…

Tak, wyszła za księcia Radziwiłła.

Stanisław Albrecht Radziwiłł zmarł w 1976 r. Ale Lee wciąż żyje…

Ma teraz z dziewięćdziesiąt lat.

…Żyje i jest bardzo aktywna na Twitterze. Bardzo narzeka na prezydenta Trumpa. Chyba klan Kennedych specjalnie go nie lubi.

No nie.

Wróćmy jeszcze na chwilę do czasów Zimnej Wojny. Myślał pan wtedy, że ile potrwa nim blok sowiecki padnie? Widział pan jakąś szansę na zmianę sytuacji geopolitycznej?

Nie bardzo. Ale robiłem rożne akcje antysowieckie. Najśmieszniejsza była, jak Sowieci ruszyli na Afganistan (25 grudnia 1979), a akurat zaczęły się zimowe igrzyska w Lake Placid (13 lutego 1980) i zapowiedziana była letnia olimpiada w Moskwie. Z Montrealu, gdzie mieszkałem, nie było daleko do Lake Placid. Więc wziąłem moje dzieciaki, wydrukowałem plakaty i nalepki „Boycott Moscow Olympics”, po czym pojechaliśmy przez granicę do USA. Rozlepiliśmy to wszystko na słupach telefonicznych i wróciliśmy do domu. A następnego dnia pojechaliśmy do Lake Placid kolejny raz. I kiedy znów rozlepiałem, usłyszałem nagle, że coś za mną się dzieje. Patrzę, a tu auto policyjne prawie wjeżdża mi w tyłek. Policjant wychodzi i pyta, co robię. Mówię, że nic takiego. A on odpowiada, że jeśli ktoś mnie na tym nakryje, to mogę dostać pięćset dolarów kary albo trzy miesiące więzienia! I na koniec mówi: „Nie rób tego… Ale tak w ogóle to jestem po twojej stronie!”. Co śmieszniejsze, zdjęcie z takim plakatem ukazało się w „Montreal Star”, choć nie wiedzieli, że ma jakikolwiek związek ze mną.

 

O zamachach na Kennedych i związanych z nimi polskich wątkach przeczytasz też w naszym starszym artykule: https://czasmocy.pl/polski-trop-zamachu-kennedyego/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.