FRAGMENTY POWIEŚCI

FRAGMENTY POWIEŚCI

Niewinny początek

To były zimy jak z mrocznej baśni. Gdy budziłeś się do szkoły, witała cię ciemność. Gdy szedłeś na lekcje w mrozie, w skrzypią­cym śniegu, myliłeś słońce z księżycem. W szkole widziałeś przez zamarznięte szyby tylko blade światło dnia, które wydawało się jakby pozbawione życia. I ten gęsty śnieg, od którego odbijały się poskręcane ciemne konary drzew pełne kraczących wron. A gdy po dobrych kilku godzinach spędzonych nad książkami i zeszytami wychodziłeś wreszcie ze szkoły, wokół znów panowała ciemność. To był świat bez słońca. Tygodniami. Miesiącami.

Pocieszające było tylko to, że zima stanowiła zarazem okres nadzwyczajnej wolności w życiu przeciętnego dwunastolatka. Bo właśnie wtedy, a nie wiosną czy latem, mógł bezkarnie powłóczyć się z kolegami po ciemku, niewzywany przez rodziców, że pora już spać. Między godziną siedemnastą a dziewiętnastą dzieciaki mogły skryć się w tej zimowej nocy ze swoimi dziecięcymi tajem­nicami, które w innych okolicznościach zaraz wyszłyby na jaw.

W takim właśnie mroku pod bramą ogródków działkowych na północnych obrzeżach pewnego mazurskiego miasta pojawi­ło się czworo dzieciaków. Chociaż nie, nie były to zwykłe dzieci – uważały się za rycerzy dżedaj i zgodnie z tym przezywały się: Luk, Leja, Hansolo i Czubaka. Gdyby urodziły się kilka lat wcześniej, pewnie byłyby Atosem, Portosem, Aramisem i d’Ar­tagnanem (a może raczej D’Artagnanną). Albo Winnetou i Old Shatterhandem, Dudusiem i Poldkiem, Tolkiem Bananem i Ka­rioką. W 1984 roku trudno było jednak uciec od fantastycznego świata Gwiezdnych wojen.

Ta banda dwunastolatków nie znalazła się pod działkami przypadkiem. Szykowała się do natarcia na Gwiazdę Śmierci, która znajdowała się gdzieś tam za żelazną bramą spiętą grubym łańcuchem. Gdzieś za wysoką siatką najeżoną ostrymi szpikul­cami niczym wieżyczkami laserowych dział z Gwiezdnych wojen.

———————————————————

Lord Wejder

Biegli tak jeszcze ze dwie minuty, podczas których drgający wąski snop z latarki rozświetlał przed nimi drogę niczym świetlny miecz. A ogródkowa Gwiazda Śmierci, należąca do miejscowego Lorda Wejdera, rosła w oczach.

W rzeczywistości była to drewniana altanka. Lordem Wej­derem był natomiast pewien typek z ich podstawówki. Osiłek, starszy od dżedaj o dwa lata, który ze swoimi równie prymityw­nymi koleżkami terroryzował młodsze dzieci. Nie było dnia, żeby nie wymusili od kogoś pieniędzy albo nie oskubali z czegoś wartościowego. Herszt tej bandy był pryszczatym smarkaczem z sypiącymi się już wąsami. Wyglądał i zachowywał się jak małpa, dlatego przezywano go Magillą. Lordem Wejderem nazywali go tylko dżedaj, między sobą.

Choć kilkoro dzieci, którym starczyło śmiałości, odważyło się na niego donieść nauczycielom i rodzicom, Lord Wejder pozo­stawał bezkarny. Kiedyś podszedł do dwóch „donosicieli”, złapał ich za głowy i zderzył, niczym orzechy. „Karateka nie narzeka” – oznajmił, gdy z bólu zaczęli wyć.

Niepokornym – którzy w rewanżu strzelali do niego z pro­cy sprynclami (czy też skoblami) zrobionymi z zakrzywionych drucików albo ziarnkami ryżu wydmuchiwanymi przez rurkę od długopisu – potrafił dać w nos. Z kolei za mniejsze przestępstwa z przyjemnością wymierzał „karczycho” (uderzenie znienacka otwartą dłonią w szyję), „blaszkę” (to samo, tylko w czoło) lub „kopytko” (z kolana w udo). W najłagodniejszym przypadku ro­bił pokrzywkę (czyli wykręcał oburącz skórę na czyimś przedra­mieniu, powodując u ofiary bolesne pieczenie) lub straszył muką (markowanym uderzeniem w podbrzusze). Prawdziwy Lord Va­der wydawał się przy Wejderze subtelnym dyplomatą.

Panowała opinia, że Magilla pozwalał sobie na tak dużo ze względu na rodziców. Był synem bardzo ostrej nauczycielki od polskiego, pracującej nie tylko w podstawówce, ale i w liceum, gdzie egzamin maturalny nie należał do formalności. U niej to nie były przelewki. A chłopcy, którzy oblewali maturę, zamiast na studia trafiali do wojska – co nie było szczytem ich marzeń, delikatnie mówiąc. Luk wiedział to od brata, którego armia wzięła „w kamasze” właśnie po oblanym egzaminie końcowym z pol­skiego. Po co więc zadzierać z taką piłą jak matka Lorda Wejdera?

Co więcej, ojciec Magilli również wydawał się groźny. Był to tajemniczy surowy pan, o którym każdy wiedział, że jest oficerem – tylko nie wiadomo, jakich służb, bo zawsze chodził w garniturze. Tak czy owak, z nim nie należało zadzierać tym bardziej.

———————————————————

Bez przyjaciółki

Leja znała kiedyś dziewczynkę imieniem Krysia. Piegowatą, z długim grubym warkoczem. Całkiem ładną, tylko mało przebojową. Miała dziewięć lat, gdy nagle przestała pojawiać się w szkole. W ogóle nie wychodziła z domu. Pojawiała się tylko w oknie – ze swoim pięknym puszystym rudym kotem, którego wszyscy jej zazdrościli.

Z czasem ktoś puścił plotkę, że rodzice bili i więzili Krysię w domu. Kiedy dziewięcioletnia Leja to sobie wyobraziła, płakała całą noc… Nie minęło dużo czasu, a ojca Krysi wezwano na milicję. Tłumaczył, że dziewczynkę dopadła jakaś straszna mało znana choroba. Jednak dzieci z sąsiedztwa bały się, że chodzi o coś innego i wymyślały niestworzone historie. W końcu któregoś dnia Krysia przestała się pojawiać nawet w oknie. Znikła razem z rodzicami. Nikt więcej już o nich nie mówił, nie pytał. Słuch po nich zaginął. Został tylko kot, który zdziczał i krążył po śmietnikach, nie dając się nikomu oswoić – aż wreszcie i on gdzieś przepadł.

Leja była tą historią strasznie przybita. Miesiącami dzień w dzień przyglądała się zdjęciu ze szkolnej choinki z 1980 roku, na którym stała obok Krysi. Obie ubrane były w wyszywane kubraki, na głowach miały wianki. Wyglądały przecudnie. Leja zawsze chciała zaprzyjaźnić się z Krysią. Nie zdążyła. I po tym, gdy dziewczynka znikła wiosną 1981 roku, nigdy nie poznała już jej tajemnicy.

———————————————————

Sportowe rozczarowania

Zawstydzony, zaczął godzinami jeździć na rowerze, wcielając się w bohaterskich polskich kolarzy, którzy w maju zdominowali Wyścig Pokoju – dając solidną lekcję wschodnim kolegom, enerdowcom i Czechosłowakom. Hansolo uważał, że Lech Piasecki, który przejechał w żółtej koszulce lidera wyścigu od pierwszego do ostatniego etapu, powinien zmierzyć się także z zawodowymi kolarzami na Zachodzie. Im też pokazałby, gdzie raki zimują. Tyle że na ostatniej stronie „Trybuny Ludu” – gdzie rozpisywano się o sukcesach Polaków i gdzie można było znaleźć najbardziej szczegółowe dane dotyczące Wyścigu Pokoju – nie wspominano, jakie problemy robiono polskim sportowcom ze startami na Zachodzie i tak zwanym przejściem na zawodowstwo. Życie w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie było normalne. Część tej nienormalności widziało się od środka, ale to był tylko fragment. Resztę można było zobaczyć jedynie z dystansu – geograficznego i czasowego. Z perspektywy Zachodu i z perspektywy lat.

Jeśli jednak ktoś za bardzo wierzył, że na Zachodzie jest taki raj dla sportowców i kibiców, 29 maja 1985 roku musiał osłupieć. Na stadionie Heysel w Brukseli przed finałowym meczem o Puchar Europy pomiędzy Juventusem i Liverpoolem zdarzyła się tragedia. Zaczęło się od bijatyki między kibicami na trybunach. Anglicy zaczęli szturmować sektor Włochów. Nagle zawaliła się jedna ze ścian, na którą napierali. W panice ludzie zaczęli się tratować. Zginęło 39 osób, kilkaset było rannych. Wszystko to widzowie w Polsce widzieli na żywo.

To były wstrząsające obrazy. Nie mniej uderzające było, że meczu nie odwołano. Z opóźnieniem, ale piłkarzom polecono grać – ponoć, by uspokoić atmosferę i odciągnąć fanatyków od szukania rewanżu na przeciwnikach. Jedyna bramka padła dzięki Bońkowi grającemu w barwach Juventusu. Wywalczył rzut karny, którego skutecznym egzekutorem okazał się słynny Platini. To jednak był bardzo smutny dzień. Nawet sport wydawał się już czymś zatrutym, zepsutym, zdegenerowanym.

———————————————————

Hit

Troje dżedaj oddalało się od siebie. (…) Coraz mniej rozmawiali. Na przykład nigdy nie dowiedzieli się, że polubili tę samą piosenkę puszczaną w Trójce: She sells sanctuary The Cult. Słuchali jej razem – ale osobno, we własnych domach – podczas notowania listy przebojów 9 listopada 1985 roku. Gitarowy hit natychmiast przypadł im do gustu, ale przeszedł bez echa, nie zabawił w radiu długo. Marek Niedźwiecki, prowadzący listę od 1982 roku, był idolem dżedaj, jednak miał inny gust i promował łagodniejsze brzmienia. A setki tysięcy (a może nawet miliony?) słuchaczy przed radioodbiornikami wolało rockowe piosenki po polsku, w których można było dopatrywać się politycznych podtekstów i aktualnych tematów, od rocka zza morza.

Po paru notowaniach She sells sanctuary znikło z eteru, a dżedaj o nim zapomnieli. Jak o wielu wydarzeniach ze swego życia. Bo „wszystkie te chwile przepadną w czasie jak łzy w deszczu” – jak powiedział robot uciekinier z Łowcy androidów.

———————————————————

Magiczny kefirek

Więc choć mieszkali na tym samym osiedlu koło miejskiego stadionu, wrócili do domów osobno. Coraz częściej im to się zdarzało. Hansolo w tajemnicy zapisywał się na jakieś kursy, a potem z nich rezygnował (czasem udawało mu się odzyskać część zainwestowanych pieniędzy, tylko straconego czasu odzyskać już nie mógł). Leja zaczęła częściej niż zwykle zaglądać do swych starszych o parę lat sióstr ciotecznych – umiały godzinami rozmawiać o tym, co można dostać w sklepach odzieżowych i kosmetycznych, a jeszcze dłużej rozważać to, czego w tych sklepach nie ma. Z kolei Czubaka prowadził swój „biznes”, handlując pokątnie grami i programami użytkowymi na atari. Rozszerzył też działalność na kopiowanie muzyki: na swoim stereo nagrywał z radiowej Dwójki „Wieczory płytowe” (ostatnio Tomasz Beksiński puszczał tam Alan Parsons Project oraz Marillion) i kopiował dalej. Poza tym miał i mniej przyjemne obowiązki: czasem musiał po prostu pomóc mamie przy „szczeniakach” – tak jak w przypadku wizyty w „Kefirku”.

Sklep ten mieścił się w nowoczesnym budynku naprzeciw zabytkowego parku przy szkole „Jedynce” (kiedyś ochrzczonego imieniem pruskiej królowej Luizy). Był to niby spożywczak jakich wiele, jednak cieszył się jakąś szczególną renomą. Może dlatego, że zawsze było w nim coś więcej niż suchy chleb i ocet, a na dodatek towary nie wydawały się przeterminowane i okazywały się zwykle dość dobrej jakości. Ponadto obsługa wyróżniała się wyjątkową ogładą i kulturalnym podejściem do klienta. Był to ewenement, bo w większości sklepów za ladami rządziły sprzedawczynie zachowujące się jak królowe znudzone kolejnymi audiencjami. Z nieodłącznym „czego?” zamiast „dzień dobry”. I z mnóstwem prywatnych spraw do omówienia między sobą, zanim zwrócą wreszcie uwagę, że klienci niecierpliwą się w kolejce i chcieliby w końcu zostać obsłużeni.

No więc „Kefirek” był inny, lepszy. Może dlatego, że niedaleko znajdowały się ważne instytucje: urząd miejski, sąd, ogólniak, „Orbis”, szpital i kostnica. Przynajmniej tak tłumaczył to sobie Czubaka (choć za istotne znaczenie bliskości kostnicy dla kariery „Kefirka” nie dałby sobie ręki uciąć).

———————————————————

Prawo dżungli

(…) O przyjaźni nigdy nie było mowy, ale żeby nauczyciel gadał coś takiego? I to na oczach reszty klasy: Lei, Hansola, Pajaca, Krzyżaka, Biby, Ardiany, Tarewiczki, Gabi, Czarodzieja, Suchara, Eli Be, Sroki, Karolka, Sielawy-Pękniętego-Oka (innego łagodnego okularnika, który nie miał łatwo), Mruczkosia, Żółwika, Jarkesa, Dudusia, nierozłącznych Macieja i Pietrka… Nawet niejaki Filet – pozbawiony uśmiechu ponurak, który w wypracowaniu „Mój ulubiony aktor” próbował wcisnąć nauczycielce kit, że od Sylvestra Stallone woli bliżej kolegom nieznanego Jana Kreczmara (bo znalazł o nim artykuł w „Filmie”), zaczął rżeć jak koń.

Potem trafił się Czubace dyżur przy drzwiach szkoły. Jako dyżurny miał zadbać, żeby inni uczniowie nie weszli do budynku bez zmiennego obuwia i nie błocili. Sęk w tym, że w szkole było mnóstwo chłopaków silniejszych i starszych. Dyżurny zapierał się więc w drzwiach, by zgodnie z poleceniem nie wpuścić nikogo bez worka na buty, a tłum czekających przed wejściem szturmował jego pozycję. Nieraz Czubaka został opluty albo dostał fangę w nos. Dorosłych – nauczycieli i woźnych – jakby to nie interesowało! Rządziło prawo dżungli. Okularnikowi, na dodatek grubemu, życie potrafiło dać w kość.

———————————————————

Foo fighters

– Zalazłem u siostry taką książkę… – Hansolo zaczął grzebać w plecaku, aż wyciągnął niewielki tom z białą okładką. Carl Gustav Jung, Nowoczesny mit.

– O rany, wygląda na poważną nudę – Czubaka odskoczył na sam jej widok.

– Pozory mylą – zgasił go Hansolo.

– Nie sądź książki po okładce, jak mawiają starożytni Indianie – zachichotała Leja.

– No właśnie – Hansolo podziękował jej za interwencję, a potem zaczął kartkować książkę. – Może nie wszystko zrozumiałem, ale całkiem sporo. Generalnie rzecz biorąc, to książka o UFO. Zaczyna się od tego, że początkowo w niezidentyfikowanych obiektach latających upatrywano tajnych broni wroga. Na przykład w przedmowie jest opisana zadziwiająca historia polskiego pilota Romana Sobińskiego z 1942 roku. Po bombardowaniu Essen w Niemczech wracał swoją maszyną do bazy w Anglii. Kiedy przelatywali nad Holandią, tylny strzelec powiedział mu, że śledzi ich jakiś świetlisty pomarańczowy dysk. Był tylko sto pięćdziesiąt metrów od nich. Sobiński kazał otworzyć ogień do intruza. Wydawało się, że zasypali dysk pociskami z działek, jednakże bez najmniejszego rezultatu. A potem, jak gdyby nigdy nic, świetlisty obiekt przyspieszył do niewiarygodnej prędkości i zniknął Polakom z pola widzenia. Alianci nazwali te dziwne obiekty foo fighters.