Koalarium w Ełku czyli wywiad z Adamem Węgłowskim

Koalarium w Ełku czyli wywiad z Adamem Węgłowskim

Co kochamy w Ełku, a co nas trochę drażni? Jak zmieniło się miasto przez trzydzieści lat? Co wspominamy z dzieciństwa? Czy w przyszłości pomogą Ełkowi Krzyżacy, a może raczej… misie koala? Przeczytaj wywiad z Adamem Węgłowskim, autorem ełckiej powieści retro „Czas mocy”.

Akcja powieści „Czas mocy” została osadzona w Ełku w latach 80-tych. Jak z Twojej perspektywy zmienił się Ełk przez trzydzieści lat? 

Zmienił się mocno, chociaż nie aż tak bardzo, że nie do poznania. W pejzażu miejskim nie pojawiło się nic rewolucyjnego. Nad Ełkiem dalej dominuje Wieża Ciśnień i wieże kościołów. Siatka ulic w centrum miasta jest podobna. Stadion i dworzec stoją, gdzie stały. Najważniejsze szkoły i urzędy też. Rzeka i jezioro nie wyschły. Wyspy Zamkowej żadna katastrofa nie zatopiła. Lecz jeśli wejdziemy w szczegóły, zmiany są ogromne. Miasto jest mniej szare, bardziej zadbane, bogatsze. Rozkwitło nad jeziorem: razem z bulwarem, restauracjami, ścieżkami rowerowymi, plażami. Rozrosło się, powstały nowe osiedla, centra handlowe i obiekty sportowe. Dużą uwagę przykłada się do ekologii – czegoś, co w czasach późnego PRL, gdy w jeziorze strach było nawet się kąpać, strasznie zaniedbano. Nadal jednak brakuje atrakcji, które porwałyby przeciętnego młodego ełczanina czy przyjezdnego. Fermentu, jedynej w swoim rodzaju atmosfery, czegoś unikalnego. Ełk wciąż jest swoistą stacją przesiadkową: dla młodzieży szykującej się do wyjazdu do większych miast i dla turystów zmierzających dalej, ku głównym atrakcjom Mazur i Suwalszczyzny. To się niestety zmieniło w mniejszym stopniu niż cała reszta.

Mam podobne wrażenie. Ełk jest bez wątpienia coraz piękniejszy, jednak brakuje w nim jakiejś atrakcji, która by przyciągała turystów, także poza sezonem letnim. Tylko co mogłoby być taką atrakcją?

Coś oryginalnego, nawet szalonego! Kiedyś przyszło mi do głowy, że można byłoby zbudować w Ełku koalarium. W ogrodach zoologicznych w całej Europie bardzo trudno zobaczyć misie koala. A jest to atrakcja, dla której rodziny z dziećmi mogłyby przyjeżdżać do Ełku z całej Polski, a pewnie nawet z bliskiej zagranicy. Żeby je pooglądać, poznać sposób ich życia, dowiedzieć się czegoś o egzotyce Australii – leżącej przecież tak daleko, daleko po przeciwnej stronie globu. W mieście można byłoby poumieszczać w różnych miejscach żeliwne koale, niczym krasnale we Wrocławiu. To byłby taki nasz znak rozpoznawczy. Zacząłem nawet wypytywać specjalistów i sprawdzać, ile takie koalarium musiałoby kosztować. Okazało się, że sam budynek, obsługa i koszty sprowadzania świeżych liści eukaliptusa nie wymagają kolosalnych wydatków. Sęk w tym, że Australijczycy bardzo niechętnie ekspediują w świat swoje narodowe skarby. Zwykle wybierają ogrody zoologiczne o ustalonej renomie. Raczej więc nie zgodziliby się na miejsce, w którym dotychczas nikt egzotycznymi zwierzętami się nie opiekował. Szkoda, bo oczyma wyobraźni już widziałem piękną nazwę tego kawałka Australii na Mazurach: „Ełkaliptus”…

Rzeczywiście pomysł wydaje mi się nieco szalony. Koala w Ełku? Ale kiedyś pewien mój znajomy, któremu opowiedziałem o czymś tak czarodziejskim jak internet stwierdził: „Internet w całym Ełku? Może za 20 lat”… A wiesz, że kilka lat temu w Australii uśmiercono 700 koali? Podobno ze względów humanitarnych, bo było ich za dużo i brakowało im pożywienia.

Skoro Australijczycy mają takie kłopoty, to może byliby bardziej skłonni do współpracy? Tak czy owak, jeśli powstanie grupa inicjatywna „Koala dla Ełku”, zgłaszam do niej akces! Internet rozprzestrzenił się i urósł w siłę szybciej, niż można było podejrzewać dwadzieścia lat temu. Może z koalami również jestem człowiekiem zbyt małej wiary?

A z rzeczy mniej szalonych. Myślałem też o parku miniatur 3D pokazujących państwo krzyżackie z okresu świetności. Z zachowanymi konturami granic, traktami, miastami i zamkami, może nawet z miniaturą bitwy grunwaldzkiej. W czasach drukarek 3D jest to zadanie mniej skomplikowane niż kiedyś…

Ale to tylko moje pomysły. Pewnie pojawiłyby się lepsze. Pamiętajmy, że na całym świecie zdarzają się lokalne imprezy, które przyciągają jednak tłumy gości, stając się powodem dumy i zysków średniej wielkości miast (jak Ełk), a nawet małych miasteczek. Ostatnio czytałem, że w maleńkiej serbskiej Guczy odbywa się światowy festiwal trąbki. Wszyscy słyszeli też o corocznym biegu za serem w angielskim Copper’s Hill. Może powinniśmy mieć w Ełku festiwal gry na pile albo zawody dmuchanych pływających dinozaurów? Nie wiem. Sądzę jednak, że wszyscy ełczanie – starzy i młodzi – mogą mieć fajne i zaskakujące pomysły. Kiedyś, w czasach PRL, rzadko kto miał szansę na realizację szalonych pomysłów. Teraz to się zmieniło.

Czy czytelnik, mieszkaniec dzisiejszego Ełku, rozpozna miejsca, które opisujesz w Twojej powieści?

Z pewnością. Na przykład zamek wciąż jest ruiną, choć niepozbawioną pewnej tajemniczości. Jednak niektóre ważne dla powieści miejsca bardzo się zmieniły – na przykład Park Luizy, czyli obecny Park Solidarności, jest mniej dziki, bujny, naturalny. Znikły też budzące fantazję parowy, gaje, dzikie plaże i boiska. Nie ma większości popularnych w latach osiemdziesiątych lodziarni, kin i sklepów, o salonach gier nawet nie wspominając. Górki, z których zjeżdżaliśmy na sankach, wydają się jakieś mniejsze. Mapa dziecięcych czy młodzieżowych atrakcji dzisiejszego Ełku bardzo różni się od tych sprzed trzydziestu lat. Czasem na lepsze, czasem na gorsze.

Większość miejsc, które opisałeś w swojej powieści są łatwe do zlokalizowania dla mieszkańców Ełku. Plac Sapera, kino Polonia, plaża w Szeligach i nad Żabim Oczkiem, ogródki działkowe, stadion, wieżowce… Mnóstwo okolicznych miejscowości – Siedliska, Bartosze, Chrzanowo. W pewnym momencie pojawia się nawet „Brama Mazur”.  Ale miejsca, które nazwałeś „Wembley” nie kojarzę. Gdzie to było?

Na Szybie. Tam, gdzie dziś mamy boisko szkoły podstawowej nr 7. Pamiętam czasy, gdy jeszcze wypasano tam krowy! Działkowicze chodzili na Wembley zbierać krowie „placki”, żeby użyźnić swoje ogródki i wyhodować jakieś porządne warzywa. To dużo mówi o tym, w jakim stanie była w latach 80. gospodarka PRL, jak wyglądało miasto i ile się zmieniło…

Szczerze mówiąc, dopiero z Twojej powieści dowiedziałem się, że park przy „Jedynce” – szkole podstawowej, do której razem chodziliśmy – nosił kiedyś nazwę Parku Luizy. Tamtej „Jedynki”  już nie ma, park nazywa się inaczej, nie ma kina Polonia, nie ma też sklepu „Kefirek”. Chyba tylko tzw. zamek krzyżacki jest niezmienny. Tak zwany, bo odkąd pamiętam, zamku nigdy nie przypominał. Czego Tobie najbardziej brakuje w Ełku z tamtych czasów? 

Najbardziej brakuje mi wypraw dookoła jeziora, gdy stosunkowo szybko można było znaleźć się daleko od blokowisk i tłumów. Dziś nasze jezioro „zarasta” kolejnymi osiedlami dookoła. Ale chyba taka jest kolej rzeczy, to nieuniknione. Poza tym brakuje mi dawnych siarczystych zim w Ełku. Lecz to już wina zmieniającego się klimatu. A co do zamku – nie lekceważmy go! Ma długą historię, jest ciekawie położony. Nawet jego historia jako więzienia może być interesująca. To wszystko można opowiedzieć, wyłuskać, zrobić z tego atrakcję.

Pewnie masz rację, jednak trochę szkoda patrzeć na zamek, który niszczeje od wielu lat. I niestety nie widzę tutaj żadnego postępu. 

Podobno i inwestor, i władze miejskie się starają. Tylko wyraźnych efektów wciąż nie widać. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Nie chcę nikogo oceniać, nie znam szczegółów. Trzymam kciuki, żeby wreszcie się udało. Inaczej pomyślę, że na tym zamku ciąży jakaś klątwa. Swoją drogą, to byłby dobry temat na jakąś humoreskę…

Okładka powieści, na której widać czwórkę nastolatków, nawiązuje do plakatu filmu „Gwiezdne Wojny”. Do kogo skierowana jest Twoja powieść?

Po pierwsze do tych, którzy wychowywali się w latach osiemdziesiątych. Oczywiście ełczanie znajdą tam najwięcej znanych sobie miejsc, ale tak naprawdę to ludzie z całej Polski odnajdują w „Czasie mocy” atmosferę, lęki i marzenia z czasów swojego dorastania w PRL. Wiem, bo z takimi Czytelnikami rozmawiałem. Cieszę się, że powieść im się podoba, a niektórzy domagają się nawet ciągu dalszego.

Po drugie, „Czas mocy” zainteresuje też nastolatków. Zwłaszcza tych, którzy lubią serial „Stranger Things”, kinowy hit „Super 8” i klasyki z lat 80-tych: „Goonies”, „Wesprzyj się na mnie” czy nawet „E.T.”. Możliwe więc, że „Czas mocy” z zainteresowaniem przeczytają i czterdziestoparoletni rodzice, i ich dzieci. Oj, mieliby potem o czym rozmawiać…

Co wyróżniało lata 80-te na tle poprzedniej i następnej dekady?

Lata 70-te słabo pamiętam. Na pewno w czasach Gierka Polacy nabrali apetytu na rzeczy z Zachodu. Jednak w latach 80-tych trudno było dla siebie coś wybrać, bo wybór nie był duży i reglamentowany – jeśli chodzi o rozrywki, muzykę, sklepy, podróże, wszystko. Dziś wybór jest ogromny i, paradoksalnie, znów mamy problem z wyborem. Gubimy się wśród reklam, sprzecznych komunikatów i medialnego jazgotu. Na początku lat 80-tych kaseta z zachodnią muzyką była trudno dostępnym, małym skarbem. Dziś wszystko można ściągnąć lub zamówić. To przestało być ekscytujące, a stało się nudne. Trudno oddzielić ziarna od plew. W latach 80-tych potrzebowaliśmy dziennikarzy Trójki, by puścili nam w radio fajne piosenki, których nie usłyszymy gdzie indziej. Dziś potrzebujemy ludzi, którzy wyłuskają wartościowe rzeczy z zalewającego nas chłamu. Tym niemniej nie marzy mi się powrót do porządków sprzed trzydziestu lat. Co to, to nie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.