„Korona królów” kontra „Królowa Bona”

„Korona królów” kontra „Królowa Bona”

„– A widzieliście ostatnio ten film historyczny z Dymną? – zagaił nagle Blady, przerywając kakofonię kosmicznych dźwięków z automatów.
– Ten, co się rozebrała? – upewnił się Koczis.
– Tak. Znów z królem Zygmuntem – przytaknął Blady, pochylony nad swoim flipperem z łowcami duchów. – Taki dziwny tytuł miał, mało polski. »Epicentrum dla Barbary Radziwiłłówny«.
– Epicentrum? – zdziwił się Magilla, na zmianę naciskając guziki flippera i dłubiąc w nosie.
– No chiba – potwierdził Blady.
– Nie, to jakoś inaczej szło – Koczis zaczął potrząsać flipperem tak mocno, aż pojawił się napis »tilt« oznaczający, że przesadził. Mechanizm zablokował się i gra była zakończona. Westchnął.
– Na pewno nie epicentrum” – str. 54–55 „Czasu mocy”.

Zrealizowany w roku 1980 serial Janusza Majewskiego „Królowa Bona” był ciekawy, sprawnie zrobiony i pełen przekonujących kreacji aktorskich. Odniósł taki sukces, że dwa lata później z wykorzystaniem sporych jego fragmentów powstało kinowe „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”  – film artystyczny, oniryczny. Tyle że „Królowa Bona” była serialem z poważnymi ambicjami, a nie telenowelą, jaką wydaje się głośna ostatnio „Korona królów”. Na jej podstawie nikt nawet by nie pomyślał o zmontowaniu kinowego filmu fabularnego!

Nowej produkcji TVP stawia się mnóstwo zarzutów – dotyczących zarówno kwestii zarówno technicznych, jak i historycznych. „Za PRL-u taka chałtura nigdy by nie powstała!” – mówią jedni. Inni przyznają, że porównanie „Korony królów” z intrygującą „Królową Boną” czy nawet z przygodowymi „Czarnymi chmurami” wypada blado, lecz po prostu powstały one w innych czasach. To prawda. Gdy kilka lat temu rozmawiałem o kinie historycznym w Polsce kiedyś i dziś z filmoznawcą dr Anną Misiak, ta tłumaczyła:

„»Królowa Bona« powstała w 1980 r. Była to produkcja Studia Filmowego Perspektywa. Kiedyś w takich zespołach twórcy mieli czas i pieniądze, żeby przemyśleć film. Dziś pracuje się szybko. To właśnie czynniki ekonomiczne przesądzają, że nikt nie jest w stanie zainwestować już tyle czasu, co niegdyś. Taki serial historyczny wymaga długich badań, pracy nad kostiumami, scenografią i całą produkcją”.

W podobnym tonie wypowiadał się Jerzy Domaradzki, drugi reżyser „Czarnych chmur”:

„Od początku planowane były jako historyczny serial przygodowy. Z większym rozmachem, z wielką ilością ról aktorskich, kostiumów, gonitw konnych, pojedynków w różnorodnych plenerach i odtworzonym tłem historycznym. Wzorem były francuskie filmy płaszcza i szpady. »Czarne chmury« były pionierskie w polskich warunkach, bo scenariusz był pisany na potrzeby serialu telewizyjnego i nie był adaptacją powieści. To było nowe, bo dotychczas powstały filmy i seriale głównie na podstawie powieści Sienkiewicza”.

Jak stwierdził, zdjęcia plus postprodukcja dziesięciu godzinnych odcinków serialu trwały półtora roku.

Dziś twórcy telewizyjni nie mają ani tyle czasu, ani pieniędzy. Niektórzy widowie mogą również zwrócić uwagę, że i „Królowa Bona”, i „Czarne chmury” nie działy się w średniowieczu, którego odtwarzanie nie jest rzeczą łatwą. Lecz to akurat nie argument, bo możemy wymienić kilka PRL-owskich seriali osadzonych w czasach walk z Krzyżakami. Na przykład „Znak Orła”, który – choć dla młodzieży – jest zrobiony z dużo większym rozmachem niż „Korona królów”. Także „Przyłbice i kaptury” (1985), mimo irytujących peruk i sztucznych wąsów, prezentowały się ciekawiej od współczesnego serialu TVP.
To wszystko jednak nie dowód, że za PRL-u robiło się świetne kino historyczne, a średniowiecze prezentowano wówczas w sposób i efektowny, i historycznie adekwatny! Oto kilka przykładów. Wyprodukowany w 1971 roku „Bolesław Śmiały”  zrobiony jest „na bogato”, ale kostiumy momentami wyglądają tandetnie i plastikowo. Na dodatek sama fabuła podporządkowana jest jednoznacznie antykościelnemu przekazowi. Z kolei w „Kazimierzu Wielkim” (1975) do scen batalistycznych zaangażowano setki statystów, jednakże podczas walki rycerze wyglądają, jakby okładali się patykami. Dekapitacja Krzyżaka (4:27 na załączonym fragmencie) jako żywo przypomina zaś parodie Monty Pythona.
Te przykłady wtop sprzed ponad czterdziestu lat mogą być pocieszeniem, aczkolwiek słabym. Musimy po prostu uznać, że „Korona królów” już w zamierzeniu twórców to nie serial na miarę „Królowej Bony”, lecz tasiemiec mający być średniowieczną wersją „Klanu”. Albo pewnego innego serialu osadzonego w historycznej scenerii, na którego punkcie Polacy oszaleli w latach osiemdziesiątych…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.