Pani Samochodzik

Pani Samochodzik

Z poszukiwaczką skarbów Joanną Lamparską rozmawiamy o jej pasji i tajemnicach z czasów PRL.

Adam Węgłowski: Pamiętam z dzieciństwa, jak kolega z ełckiej podstawówki opowiadał, że jego znajomy chowa na strychu „babę pruską” – średniowieczny kamienny posąg. Wtedy nie wydawało mi się to ciekawe. Po latach dowiedziałem się od historyka, że w Ełku faktycznie wypatrzono kiedyś taki zabytek, ale zaginął. Z kolegą tymczasem straciłem kontakt, trop się urwał. Pamiętasz podobne „nierozwiązane” historie ze swojego dzieciństwa?

Joanna Lamparska: Wrocław i Dolny Śląsk żyją takimi historiami. My wychowaliśmy się tu na opowieściach o skarbach i o Niemcach, którzy wracają po wojnie, żeby wyciągnąć swoje depozyty. Każda wioska ma swoją historyjkę o konwoju ciężarówek, który pod koniec II wojny światowej przejeżdżał nocą – mieszkańcom nie wolno było wtedy wyglądać przez okna, ciężarówki wiozły jakieś skrzynie, a po kilku godzinach wracały już puste. W końcu u nas narodził się „Złoty pociąg”…

W dzieciństwie fascynowała mnie oczywiście piwnica w domu, w którym mieszkaliśmy. To była poniemiecka, kilkumieszkaniowa zabudowa. Wszyscy mieli jeszcze u siebie różne przedwojenne gazety, czasem jakieś zdjęcia, książki, obrazki. Dla dziecka to wszystko było niezwykle ciekawe i tajemnicze, ale wtedy interesowały mnie głównie historie rodzinne. Babcia twierdziła, że pamiętała z dzieciństwa słynną Gorgonową; w mieszkaniu stała przepiękna rzeźba Apolla, którą dziadek przywiózł migrując z Lwowa (potem ten zabytek gdzieś przepadł). Za drzwiami stał zaś „kościotrup” – mama, przez chwilę studentka medycyny, miała taką starą papierową walizkę, w której były ludzie kości. Nie mam pojęcia skąd pochodziły, ale ta walizka czasem śni mi się po nocach.

Za mną do dzisiaj chodzą dwie historie. Jedna dotyczy tzw. Skarbu Średzkiego, druga tajemniczych listów od człowieka, który przedstawiał się jako saper Leonard von Schreck i twierdził, że pod koniec II wojny światowej brał udział w ukrywaniu skrzyń w kilku miejscach Dolnego Śląska. Ale to świadome podążanie za tajemnicą zaczęło się u mnie dopiero po studiach, w latach dziewięćdziesiątych.

Czyli nie postanowiłaś, że będziesz szukać skarbów, gdy obejrzałaś „Pana Samochodzika i templariuszy”?

– Nie. Za to kiedy byłam redaktorką naczelną magazynu „Odkrywca”, pojawiłam się pod pseudonimem w jednej z nowszych książek o Panu Samochodziku. Wróćmy jednak do lat 80. i 90. Od czasu studiów pracowałam we wrocławskiej redakcji dziennika „Słowo Polskie”. Miałam tam status redaktorki-podróżniczki, czyli nieco rzadziej niż koledzy bywałam w pracy, a czasami w ogóle do niej nie przychodziłam; wolałam pracować w domu, jeździć, rozmawiać z ludźmi i – jakkolwiek źle to brzmi – męczyło mnie siedzenie za biurkiem. Ale kiedy już zajrzałam do redakcji, zawsze trafiały do mnie tematy, które każdego normalnego człowieka przyprawiłyby o obłęd. To w moim pokoju hinduski jogin postanowił udowodnić, że jego ciało przyciąga monety i oblepiony dwuzłotówkami stał przez godzinę na głowie. Kiedy mój bezpośredni kierownik, przyzwyczajony do moich niekonwencjonalnych gości, wpakował się prosto na jogina o mało nie roztrzaskując go drzwiami, po prostu zapytał: „A co by było, gdyby pan tak wszedł do mennicy państwowej?”. Innym razem trafił do mnie czytelnik, który wynalazł rewelacyjny krem na oparzenia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że postanowił udowodnić niezawodne działanie swojego wynalazku, podpalając się koło mojego biurka.

Na początku lat dziewięćdziesiątych praca w redakcji przypominała wieczną zabawę. Zbieranie materiałów i pisanie było przyjemnością, żyliśmy na luzie, ciesząc się niedawno odzyskaną swobodą. Wiele rzeczy było nowych, nie cierpieliśmy na dzisiejszy nadmiar bodźców. Po okresie przełomu końca lat osiemdziesiątych, przed dziennikarzami stanęły zupełnie nowe wyzwania: z wielką agresją zaczęły działać różnego rodzaju sekty, jak grzyby po deszczu wyrastały gabinety uzdrowicieli, egzorcystów i wróżek. Lubiłam takie tematy. Stąd w redakcji ci wszyscy jogini, naturoterapeuci, nieco szaleni wynalazcy. Kiedy więc przyszło do napisania tekstu o eksploracji, padło oczywiście na mnie – dla redaktora naczelnego poszukiwacz skarbów był właśnie kimś pomiędzy szamanem a szurniętym kolekcjonerem złomu. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, z czym dokładnie się je te poszukiwania i że wkrótce Polskę ogarnie gorączka przekopywania poniemieckich tajemnic.

Była jakieś wydarzenie, które przesądziło o twoim losie?

– Tak, poznałam Wojtka Stojaka. Jedynego wtedy poszukiwacza skarbów, o którym było we Wrocławiu cokolwiek słychać. Wówczas jeszcze się nie spodziewałam, że wdepnę w najbardziej nieprzewidywalne, barwne i zwariowane towarzystwo. Jeszcze nie czułam, że moje życie wypełnią teraz dziury w ziemi, zagadkowe dokumenty, dyskusje prowadzone półszeptem i zapewnienia, że mnie pierwszej powierza się wyjątkową tajemnicę. Byłam przyzwyczajona do ekstrawaganckich rozmówców. Potrafiłam sobie z nimi radzić. Nie dziwiły mnie już maszyny do oglądania aniołów, objawienia na polach buraków (mieliśmy takie pod Lubiążem), sekta lekarzy wpatrzonych w mistrza, który okazał się palaczem kotłów wysokoprężnych, czy rolnik z chipem wszytym przez kosmitów. Następny „oszołom”, jak wyobrażałam sobie wtedy Stojaka, również nie robił na mnie wrażenia.

Ale on mnie zaskoczył. „Spotkamy się pod budynkiem Dworca Świebodzkiego, koło trzeciej kolumny, wieczorem” – tak mniej więcej brzmiało polecenie, które usłyszałam w słuchawce telefonu. Nie wiem już teraz, jaki to był miesiąc, ale musiało być chyba ciepło, skoro mój rozmówca przybył w domowych kapciach. Podjechał wielkim, rozklekotanym autem, które skojarzyło mi się z amerykańską limuzyną z demobilu. Przedstawił się, zaprosił do samochodu i po chwili z fasonem sunęliśmy gdzieś na obrzeża Wrocławia, żeby w końcu wjechać pomiędzy pola. On nieogolony, w kapciach i starej flanelowej koszuli, ja wyperfumowana i na obcasach. W połowie drogi zaczęło mi się robić nieco nieswojo: przecież wsiadłam do samochodu zupełnie nieznanego mi człowieka!

I jak to się skończyło?

– Wjechaliśmy na pełną rupieci działkę, której centralnym punktem był nieco zaniedbany domek z czymś w rodzaju stodoły albo wielkiej komórki. Wielki teren ozdabiały nieco zarośnięte stawy. Jeden z nich niemal przylegał do domku tak, że można było siedzieć na tarasie i kontemplować spokojne lustro wody. Wojtek zawsze będzie mi się już kojarzył z tym tarasem. Stało na nim kilka foteli, przypadkowo zebranych lub skądś zabranych, pokrytych starymi kocami i kapami.

Wszystko tu było przypadkowe, a równocześnie tworzyło jakąś spójną jedność. Prawdziwy dom poszukiwacza skarbów. Wtedy wpadłam na zawsze. Wydobyte z ziemi pociski, łuski, destrukty broni, stare butelki, guziki, rzucone byle gdzie odznaczenia, nieśmiertelniki, stosy dokumentów i starych gazet przemówiły do mnie jak żywi świadkowie. Dom Stojaków przypominał muzeum, do którego właśnie wpadła bomba i rozrzuciła eksponaty. A przecież to wszystko Wojtek wydobył z ziemi! Słoiki ze zwiniętymi w rulon banknotami ktoś zakopał za domem, licząc, że kiedyś po nie wróci. Ale nie wrócił. Teraz stały na półce w tym dziwnym domu, jak jakieś napomnienie ze Starego Testamentu: marność nad marnościami i wszystko marność. Przecież dzisiaj te banknoty nie miały już żadnej wartości. Nie można ich nawet było wyjąć ze słoika, bo dostęp powietrza sprawiłby, że się rozpadną.

Poczułaś, że to magiczne miejsce?

– Przez głowę przebiegały mi tysiące myśli, ale jednego byłam pewna. Każdy z tych przedmiotów ma własną, niepowtarzalną historię, wartą poznania i opisania. Nagle otworzył się przede mną sezam tematów, których mógłby mi pozazdrościć każdy kolega. Wstąpiłam też do zupełnie innego świata, rządzącego się własnymi prawami. Do państwa, którego każdy obywatel nosił jakąś, skrzętnie ukrywaną tajemnicę, za którą, na ogół bezskutecznie, gonił przez całe życie. Wojtek, któremu oczy zawsze skrzyły się na dźwięk słowa „skarb”, powiedział mi wtedy coś, co dzisiaj mówię innym dziennikarzom, gdy pytają mnie o to, co najcenniejszego znalazłam. Odpowiadam wtedy: jak sama nazwa wskazuje, jesteśmy poszukiwaczami, a nie znajdowaczami.

Coś tam jednak w Polsce znaleziono, jeszcze w latach osiemdziesiątych…

– Największego odkrycia dokonano przez przypadek w Środzie Śląskiej w latach 1986 i 1988. To historia na film sensacyjny. Koparka pracuje w centrum miasta i nagle między gruzami zaczynają się pojawiać monety i fragmenty biżuterii. Ludzie rzucają się na te skarby, nikt nie zabezpiecza miejsca znaleziska, potem bezcenne monety są sprzedawane wycieczkom z Niemiec za piwo. Najcenniejszym elementem skarbu wartego miliony dolarów jest złota korona złożona z segmentów ozdobionych orłami i kamieniami. To korona prawdopodobnie należąca do żony cesarza Karola IV Luksemburskiego, Blanki de Valois. Karol w drodze do uzyskania tytułu cesarskiego zastawił klejnoty żony u Żyda ze Środy Śląskiej. Kiedy podczas zarazy Żyd musiał uciekać, ukrył klejnoty, które zostały znalezione dopiero po wielu wiekach.

Miałam swój mały udział w odzyskaniu fragmentów skarbu średzkiego. Wiele lat temu zgłosił się do mnie mieszkaniec Dolnego Śląska, który w kieszeni prochowca przyniósł jeden z orzełków z korony. Był zawinięty w chusteczkę do nosa, ten pan trzymał go w szufladzie komody w domu. Okazało się, że dostał go od przyjaciółki zamordowanego kolegi. Pożył mu 35 tys. dolarów, a ponieważ dług nie został zwrócony, przyjaciółka zmarłego zaoferowała mu najcenniejszą rzecz, jaką mieli w domu. To było niesamowite, trzymać w dłoniach ten fragment korony, który ktoś po prostu przyniósł, bo wiedział, że to złoto splamione krwią…

Jak właściwie wyglądało poszukiwanie skarbów w czasach PRL? Ile prawdy jest w twierdzeniu, że na tym „trzymały łapę” specsłużby?

– To możliwe. Służba bezpieczeństwa „wypuszczała” różne, również fałszywe informacje, żeby zobaczyć, jak zareaguje środowisko i co w trawie piszczy. Do dzisiaj w środowisku eksploracyjnym jest wielu byłych milicjantów, którzy przez zmianą ustrojową zabezpieczyli sobie różne ciekawe materiały. Co prawda powstało już kilka książek o poszukiwaniach w tamtych czasach, ale niewielu osobom znane są dokumenty dotyczące poszukiwań prowadzonych przez wojsko w początku lat 80. na zlecenie Kiszczaka, Jaruzelskiego i Siwickiego.

Na przykład w 1982 roku – na podstawie nie popartych dokumentacją, ale za to uwiarygodnionych przez różdżkarza informacji, które zostały przekazane MON i MSW – szukano gigantycznej podziemnej poniemieckiej fabryki w okolicach klasztoru w Lubiążu nad Odrą. Poszukiwacze mieli więcej szczęścia niż ekipa szukająca później „Złotego pociągu”. 26 listopada 1982 roku około 16.30 operator koparki, z zamiłowania też różdżkarz, z głębokości około dwóch metrów wydobył walcowaty pojemnik o średnicy 21 cm i wysokości 20 cm, zamknięty kopułkowatym wieczkiem z klamrą na kłódkę. Wewnątrz znajdowały się srebrne monety. Odkrywcę służby wojskowe zobowiązały do milczenia, sprawę utajniono. Monety wyceniono na ponad 60 tysięcy dolarów. Część nielegalnie sprzedano za granicą (transakcje przeprowadzali oficerowie wywiadu i kontrwywiadu), pozostałe numizmaty przekazano do muzeów. Analiza wykazała, że skarb został ukryty około 1740 roku, w czasie trwania wojen śląskich. Kiedy w 2003 roku miałam okazję rozmawiać z gen. Wojciechem Jaruzelskim, zapytałam go o sprawę Lubiąża. Zdenerwował się wtedy na mnie i powiedział, że gdyby wiedział, że będę pytała go o takie głupoty, nie zgodziłby się na spotkanie. Rozmowa zakończyła się stwierdzeniem pana generała: „jestem już starym człowiekiem, niewiele pamiętam”.

Nie uważasz, że polscy eksploratorzy zasłużyli już na niejeden film sensacyjny czy kryminał? Założę się, że prędzej to Amerykanie coś o nich nakręcą…

– Tak, Amerykanie już się interesują tym środowiskiem. Widzą w nim niesamowity potencjał. Sam Skarb Średzki, poszukiwania Kiszczaka i Jaruzelskiego, listy von Schrecka, czy powojenna praca polskich Monument Men – którzy musieli stoczyć bitwę z tzw. brygadami trofiejnymi Armii Czerwonej – to są gotowe scenariusze na filmy. Kiedy przeglądam dokumenty z tamtych lat i czytam, jak dzieci wyciągają afrykańskie dzidy z kolekcji ukrytej w pałacu na czas wojny i częściowo zrabowanej przez Rosjan, jak pułkownik Moskwin pakuje „Stańczyka” Matejki, żeby go wywieźć do Moskwy, albo jak traktor w Brodach rozjeżdża dla zabawy Serwis Łabędziowy –  najsłynniejszą zastawę świata – to zastanawiam się, dlaczego żaden filmowiec się tym jeszcze nie zainteresował? Informacje, które dostaję od czytelników moich książek są po prostu niesamowite. Nawet jeśli nie znajdziemy dzięki nim Bursztynowej Komnaty, te historie są warte znacznie więcej. Bo najciekawsza jest prawda.

Masz ostatnio sporo zajęć…

– Właśnie skończyłam pracę przy filmie o drugowojennych tajemnicach dla History Channel, teraz zaczynam pracę dla równie znaczącego kanału. Chcemy pokazać barwne życie eksploratorów, ale równocześnie pójść tropem ciekawego, dotąd nie badanego śladu (tyle mogę zdradzić w tej chwili). Ponieważ organizuję również Dolnośląski Festiwal Tajemnic w Zamku Książ, w tym roku chciałabym, żeby każda działająca leganie grupa, która robi coś ciekawego, mogła się na nim zaprezentować. Festiwal to również rodzaj platformy porozumienia między bardzo zróżnicowanym środowiskiem eksploratorów a środowiskiem naukowców – w tym muzealników, archeologów oraz pracowników resortów zajmujących się zabytkami. Rozmowy bywają bardzo emocjonalne, ale myślę, że dla wszystkich są ważne. Serdecznie zapraszam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.