RECENZJE

RECENZJE

Alek Korab, Redaktor Naczelny Metro USA

Hipnotyzująca powieść Adama Węgłowskiego przypomina PRL nie z czarno-białych kronik filmowych, ale taki jakim go pamiętamy – w kolorze ORWO. To był czas, kiedy z kluczami na szyi pedałowaliśmy szczęśliwi na swoich pelikanach, a kolejki, milicjanci i płyn Lugola migały gdzieś w tle. Ukazując niezwyczajne losy czwórki zwyczajnych nastolatków dorastających w malowniczym Ełku lat osiemdziesiątych, autor kunsztownie połączył wydawałoby się niekompatybilne fenomeny Kapitana Żbika i Stranger Things. To książka, którą napisałby Steven Spielberg, gdyby wychował się w Ełku. Ta książka ma moc.

Marek Markowski, Redaktor Magazynu Świątecznego Wyborczej

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce żyli sobie dżedaj. Luk, Hansolo, Czubaka i jedna księżniczka. Moc była z nimi. Nie przejmowali się, że jedno ma ojca milicjanta, drugie ślusarza, a trzeciego mama tylko czasem dzwoni z Ameryki, tylko grali na Atari, żuli gumy Turbo, wiosną wylegiwali na łące na skraju osiedla, latem pływali w jeziorze, zimą szwendali się po pracowniczych ogródkach działkowych. Ale ciemna strona tylko drzemała: przyszedł ciepły kwiecień 1986 i wyrwała się na wolność razem z uranem ze stopionego reaktora RBMK-1000 numer 4. A za nią szturmowcy imperium w okrągłych jak latający talerz czapkach z gwiazdą. I nad Mazurami zapadłaby długa radioaktywna noc, gdyby nie ono. To. Coś.

Znacie? To posłuchajcie. Bo w przeciwieństwie do skrzydlatego DeLoreana z Powrotu do przyszłości i wehikułu czasu Wellsa, które lądowały na chybił trafił, maszyna do podróży w czasie Adama Węgłowskiego działa bez zarzutu. Wsiadłem i wylądowałem tam, gdzie chciałem – na prowincji schyłkowej Polski Ludowej. Oraz na przełomie późnego dzieciństwa i dojrzewania.

A jeśli nie znacie, tym bardziej posłuchajcie. Bo Węgłowski nie epatuje peerelowską egzotyką, unika klisz, tych wszystkich „najweselszych baraków w obozie”, opatrzonych gadżetów w rodzaju małych Fiatów, naszyjników ze zdobycznej srajtaśmy, przewierconych łyżek w barach mlecznych. Nie Bareja, tylko Kieślowski ze Smarzowskim. Bo i takie czasy. To już nie epoka sfuszerowanego dobrobytu z Alternatywy 4; z Zachodu coraz mocniej pachnie erefenem, lecz przed zakurzonymi witrynami wciąż od 6 rano ustawiają się kolejki po żółtawy wyrób seropodobny, ustrój murszeje, ale wciąż potrafi kąsać. I częściej niż do wielkich wspólnotowych wyborów początku dekady zmusza do małych kompromisów, a indywidualne życiowe dramaty są raczej z pośniegowego błota niż marmuru i żelaza. Ta magdalenka jest taka, jak być powinna: subtelna i słodko-gorzka.

Czas mocy to nie polana nośnym peerelowskim sosem historyjka o UFO. To łapiący za serce (tym bardziej, że odmalowany hitami Kajagogoo z kaset Stilonu, Młodym Technikiem spod lady i pierwszymi BMX-ami) pamiętnik z przepoczwarzania się dzieci w dorosłych. Z odkrywania, ile odcieni ma szarość. I czym są, pardon, wartości.

Dzieciaki, patrzcie. My korposzczury, kreatywni podstarzali hipsterzy i niedoszła klasa średnia, sieroty po Kuroniu i pisiory, symetryści i lemingi – tacy byliśmy. Ełk roku pańskiego 1986 – my stamtąd wszyscy.

Magdalena Salik, pisarka fantasy i z-ca Redaktora Naczelnego miesięcznika Focus

Z „Czasem mocy” jest trochę jak z „Imieniem róży” – na pierwszych stu stronach niewiele się dzieje (Umberto Eco przyznawał, że zrobił to specjalnie, by postawić przed czytelnikami wyzwanie). Jednak jest tak tylko na początku. Akcja zawiązuje się niespiesznie, ale gdy już się zawiąże, stopniowo nabiera coraz większego tempa.Wydarzenia przyspieszają i wyrastają daleko ponad Ełk – końcówka to już czysta powieść sensacyjna napisana stylem mistrzów gatunku. Jeśli komuś wydawało się, że „Czas mocy” to nieco sentymentalna powieść młodzieżowa, pod koniec zmieni zdanie.

„Czas mocy” czyta się lekko i szybko, a książka co i rusz wywołuje uśmiech. W sumie to nasze dzieciństwo w latach osiemdziesiątych nie było wcale takie najgorsze…

Cała recenzja pod poniższym linkiem:

„Czas mocy”, czyli „Stranger Things” w Ełku