W galaktyce lat osiemdziesiątych

W galaktyce lat osiemdziesiątych

Z Michałem Gużewskim, kolekcjonerem gwiezdnowojennych staroci, rozmawiamy o jego pasji, o latach osiemdziesiątych i o książce „Czas mocy”.

 Czy czujesz się jak jeden z bohaterów „Czasu mocy”? Też dorastałeś w latach osiemdziesiątych, marzyłeś pewnie o filmach i grach z Zachodu, a jednocześnie słyszałeś, że w każdej chwili może wybuchnąć wojna atomowa…

Oczywiście, że czuję się jak jeden z bohaterów „Czasu mocy”. Dorastałem w latach osiemdziesiątych w Ełku, mieszkałem niedaleko stadionu i uwielbiałem „Gwiezdne wojny”. Zupełnie jak powieściowa czwórka: Leja, Czubaka, Hansolo i Luk.  

Prawdziwą wojną za bardzo się nie przejmowałem, bo w wieku dziesięciu lat inne sprawy zaprzątają głowę. Za mało wtedy rozumiałem. Oczywiście jakieś informacje do mnie docierały, np. o tym jak zachować się po wybuchu bomby atomowej. Wydaje mi się, że większość rad, jakie usłyszałem, niewiele by pomogło. Ale cóż, wtedy wydawały się sensowne i dawały pewną nadzieję. Bardziej dotknęło mnie zdarzenie z 26 kwietnia 1986 roku. Jak wszyscy pamiętamy, tego dnia wydarzyła się największa katastrofa w dziejach energetyki jądrowej. Podczas awarii elektrowni w Czarnobylu do atmosfery przedostał się radioaktywny pył. W Polsce zapanował niepokój. Wszystkim dzieciom w szkole podawano płyn Lugola, który miał zapobiec wchłanianiu radioaktywnego izotopu jodu. Nikt nie znał skali zagrożenia i atmosfera była nerwowa. Opowiadano nawet historyjki rodem z horrorów o krowach mutantach i zdeformowanych ludziach, co przyprawiało nas małolatów o dreszcze.  

Widzę, że masz „Świat Młodych” z 1984 roku z plakatem z „Gwiezdnych wojen”. Dziś to rarytas. Pamiętasz moment, w którym kupowałeś ten egzemplarz? Co wtedy czułeś?

„Świat Młodych” był jedną z gazet, po którą sięgało się wtedy najczęściej. Oprócz historyjek i porad harcerskich, na końcu pisma jedną stronę zawsze zajmował komiks. A w środku numeru rubryka „Gwiazdozbiór”, w której drukowano informacje o amerykańskich filmach i aktorach. W jednym z numerów na okładce pojawił się plakat (a raczej jego fragment) z  wyczekiwanego przez wszystkich „Powrotu Jedi”. Pamiętam, że każdy fotos zamieszczany w gazecie budził wielkie emocje oraz wywoływał spekulacje na temat przyszłego filmu. Co stanie się z Lukiem? Czy Chewbacca zginie? Te pytania nurtowały wszystkich. Niestety w tamtych czasach filmy docierały do nas około dwa lata później niż w Stanach Zjednoczonych, więc trzeba było cierpliwie czekać. Ostatecznie film widzowie w Polsce zobaczyli dopiero w 1985 roku.

W tamtych czasach kolekcjonowało się wszystko, co pachniało Zachodem. Nawet puste puszki po piwie i paczki po papierosach. A Ty co zacząłeś zbierać?

To prawda. To były czasy kiedy każdy coś zbierał. Niektórzy zbierali historyjki z „Donaldów” (czyli gum do żucia), inni znaczki pocztowe, opakowania po czekoladach czy też pocztówki. Ja po obejrzeniu „Imperium kontratakuje” w ełckim kinie „Zorza” postanowiłem zbierać wszelkie rzeczy związane z gwiezdną sagą. A w tamtych czasach, kiedy asortyment w naszym kraju był dość ubogi, najbardziej dostępne były czasopisma. Zwłaszcza w małych miastach. Kupowało się gazetę, w której był jakiś fotos bądź artykuł, a następnie wklejało go do specjalnie przygotowanego zeszytu. Z dnia na dzień liczba wycinków rozrastała się, zapełniając puste kartki brulionów i z czasem tworząc wspaniały katalog ze zdjęciami. Dzisiaj takie zeszyty są unikatami, a większość kolekcjonerów z sentymentu nie chce się ich pozbywać. Oczywiście przy okazji trzeba wspomnieć o cierpliwości Pani z kiosku RUCH-u, która musiała po każdym przyjęciu prasy znosić moją obecność i ciągłe przewracanie czasopism w poszukiwaniu najmniejszego śladu „Gwiezdnych wojen”. Zduplikowane wycinki wymieniało się z kolegami. Jeszcze bardziej unikatowe zdjęcia powielało się u zaprzyjaźnionego pana, który jako jeden z niewielu w mieście posiadał magiczną maszynę zwaną kserokopiarką.

Kolejną rzecz wartą zainteresowania młodego fana stanowiły figurki. O ile amerykańskie ludziki były trudno dostępne (jeśli nie miało się wujka w USA), to polskie tzw. podróbki były łatwiejsze do kupienia. Nie wyglądały jak przyszłe kolekcjonerskie perełki, lecz najzwyklejsze zabawki – bo nikt się nie spodziewał, że za kilkadziesiąt lat staną się tak pożądane. W moim mieście nie było zbyt wiele możliwości do ich kupienia, więc zdobywałem figurki wymieniając je z kolegami na komiksy (z zapartym tchem czekało się wtedy na nowe przygody „Kajka i Kokosza”, „Tytusa, Romka i A’Tomka”, „Kapitana Żbika” i „Pilota śmigłowca”) bądź też pamperki – czyli ludziki z innych filmów i bajek, jak „He-man”, „Muppet Show” czy „Pszczółka Maja”. Czasami trafiały się też niespodzianki podczas wyjazdów do innych miejscowości. Pamiętam jak dziś wyprawę z moim ojcem do Gdańska, podczas której natknęliśmy się na sklepik, w którym było mnóstwo filmowych figurek. Dla dziecka z małego miasta wydawał się czymś niesamowitym, niespotykanym. Oczywiście nie odpuściłem i wyszedłem ze sklepu razem z lordem Vaderem oraz pozaziemskim bohaterem filmu Stevena Spielberga „E.T.”.

Jaki eksponat jest najcenniejszy w Twoich zbiorach?

Jeśli chodzi o wartość sentymentalną, to na pewno wszystkie rzeczy związane z gwiezdną sagą dostępne w latach osiemdziesiątych Polsce. Nic nie cieszy oka tak jak stare wycinki prasowe, figurki, przypinki, naklejki, wydania klubowe książek i fotosy. Jeśli spojrzeć jednak na wartość materialną, najcenniejsza jest polska podróbka figurki Tuskena. Jedna z najstarszych i najrzadszych figurek jakie wyszły w Polsce. Dość cenny jest też rewelacyjny plakat Jakuba Erola „E.T.” z 1984 roku. Uwielbiam go.

No właśnie – podobały Ci się w latach osiemdziesiątych polskie plakaty do zachodnich filmów? Ja ich wtedy nie rozumiałem, wolałem po prostu fotosy. Dopiero dziś mogę stwierdzić, że niektóre z tych dzieł są naprawdę niesamowite…

Szczerze mówiąc, wtedy nie zwracałem na nie uwagi. Też wolałem przyglądać się zdjęciom wywieszonym w gablocie przed kinem. Plakat to był plakat i nic poza tym. Dopiero po kilkudziesięciu latach okazało się, jak wiele z  nich stało się kultowych. Często wydawały się trudne w odbiorze i na pozór nie mające nic wspólnego z danym filmem, a jednak przyciągały oko widza. Autorów plakatów tak naprawdę nic nie ograniczało, dlatego mamy taką ich różnorodność i unikatowość. Z biegiem czasu stały się prawdziwymi perełkami. Sztuką przez duże S.

Masz sentyment do rozrywek z lat osiemdziesiątych? A może jednak dzisiejsze gry i filmy są lepsze?

Kiedy byłem małym chłopcem, to niestety nie mieliśmy zbyt wiele rozrywek. Najwięcej rozrywki dostarczało kino, komiksy, zabawy z rówieśnikami i … komputer Atari. Ale to były pod tym względem fajne czasy, wcale się nie nudziliśmy. Wręcz przeciwnie. Na podwórku graliśmy w gumę, strzelaliśmy sprynclami, walczyliśmy na  miecze świetlne zrobione z patyków – do świetnej zabawy wystarczyła nam wyobraźnia. Godzinami graliśmy w kapsle, finka (czyli nóż harcerski) służyła za najlepszą zabawkę, a w zaciszu domowym czytaliśmy Tytusa, książki o Winnetou, słuchaliśmy płyt winylowych…

Dzisiaj czasy są inne. Większość dzieciaków woli spędzać czas przed komputerem, a jak go zabraknie, to już wieje dla nich nudą. Nie bawią ich dziś gry komputerowe takie jak „Montezuma”, „River Ride” czy „Karate International”. A my, dzieci PRL-u, tylko wtedy marzyliśmy, by chociaż na chwilę móc zagłębić się w świat gier komputerowych. To było coś nowego, zachodniego i bardzo kuszącego.

Nawet kino nie stanowi już takiej rozrywki jak kiedyś. Dawno temu na ulicy Chopina w  Ełku mieściła się „Zorza”. Niby nic niezwykłego, a jednak tam, w sali kinowej z drewnianymi, niewygodnymi krzesłami zaczęła się moja przygoda z filmem. Nie tylko zachwyciłem się „Gwiezdnymi wojnami” ale też kinem tzw. „nowej przygody” (spod znaku m.in. Stevena Spielberga).  Kiedy jako mały chłopiec zostałem zabrany przez brata do kina na „Imperium kontratakuje”, nie spodziewałem się, że film wywrze na mnie takie wrażenie i stanie się częścią mojego życia. Wyszedłem z kina oczarowany efektami i  kosmiczną historią. Moc? Jedi? Chciałem więcej!

Po kilku latach, podsycony pojawiającymi się wiadomościami na temat kolejnej części „Gwiezdnych wojen”, udałem się tym razem do kina „Polonia” na pierwszy seans „Powrotu Jedi”. Nie było łatwo, kolejka do kasy była ogromna, a miejsca ograniczone. Okazało się, że zainteresowanie filmem było tak duże, że pracownicy kina zdecydowali się wpuszczać na seans dodatkowe osoby, ale bez miejsc siedzących. Widzowie „nadliczbowi” musieli zadowolić się schodkami.

Jak wspominałem, po „Imperium kontratakuje” przyszedł czas na inne filmy science fiction. „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „E.T.”, „Gremliny rozrabiają” czy „Indiana Jones” do dzisiaj pozostają w moim sercu jako filmy wyjątkowe. Dały mi mnóstwo zabawy, emocji i radości. Obecne kino jest inne. Niby otrzymujemy przepięknie zrobione obrazy, a  jednak w każdym z nich czegoś brakuje. Nawet te najlepsze tytuły dają tylko namiastkę tego, co czuliśmy w latach osiemdziesiątych podczas każdego seansu. Może to znak, że czas mocy się skończył i ostatni Jedi odchodzą?

 Komu, Twoim zdaniem, przypadnie do gustu „Czas mocy”?

Ta książka jest swoistym wehikułem czasu i poleciłbym go z czystym sumieniem każdemu – a w szczególności czterdziestolatkom z Ełku. Oni na pewno odnajdą w tej powieści cząstkę siebie. Przypomną młodzieńcze lata, skojarzą pewne miejsca i sytuacje. Śmiało mogę stwierdzić, że część z czytelników zidentyfikuje się z którymś z bohaterów. Jest to naprawdę magiczna opowieść, wywołująca wiele pozytywnych wrażeń. Starszych urzeknie „czarem wspomnień”, a młodszych czytelników zapozna z życiem nastolatków w latach osiemdziesiątych. Okazuje się, że można żyć bez tabletów, bez trzystu kanałów telewizyjnych i telefonów!

 Gdybyś mógł cofnąć się w czasie do roku 1985, to co byś zrobił?
Poszedłbym do kina na „Powrót Jedi” i poprosił Panią kasjerkę o plakat Witolda Dybowskiego. Bardzo chciałbym mieć taki w swojej kolekcji, a to była doskonała okazja, by go zdobyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.